poniedziałek, 3 września 2018

Trening Funkcjonalny, spojrzenie z boku...

O TRENINGU FUNKCJONALNYM! 

Ale to już było…Hm, nie do końca.


Zaczyna się "po wakacyjny" sezon na sport. Czyli - polowanie na "klienta". Czyli - omamianie go czymś to "nowym i jedynie słusznym".

Niedawno "poczyniłem" artykuł, który rozesłałem do moich "odbiorców". Teraz opublikuję go tutaj - jestem ciekawy Waszego zdania na "coraz to nowe, nowe a już najlepsze, lepsze od poprzedniego równie dobrego :)

Artykuł jest przeznaczony głównie dla ludzi rozpoczynających swoją przygodę ze sportem. Trenerzy i Instruktorzy o tym zapewne wiedzą.

Funkcja (wykonywanie, czynność), czyli…poprawa niektórych umiejętności i nawyków (trening / funkcje organizmu / odżywianie). Natomiast u profesjonalnych sportowców można rozwijać (wzmacniać) mięśnie stabilizatory, siłę dynamiczną, wytrzymałość siłową lub ogólnie poszczególne fazy jakiegoś ruchu. Krótko - pracujemy nad funkcją ograniczającą nasz dalszy rozwój.      

„Prostemu” człowiekowi pod nazwą FUNKCJONALNY wkładają do systemu pojęcie TRENING FUNKCJONALNY. Ma on imitować naturalne ruchy naszego ciała. „Specjaliści” od tego rodzaju aktywności fizycznej, tłumacząc o co właściwie w tym chodzi wspierają się różnymi terminami naukowymi, przecież ma brzmieć poważnie i przekonująco (inaczej nie zrobi wrażenia). A w rzeczywistości są to normalne ćwiczenia zaczerpnięte z podręczników ogólnego przygotowania fizycznego, okraszone jakimś dodatkowym i wesołym arsenalikiem ćwiczeń „wymyślonych”, aby się działo, aby było wesoło i ludzie płacili.  

Jak się podoba to oczywiście można się „funkcjonalnym” zajmować (lepsze to niż leżenie na kanapie). Ale to brzmi tak, jakby białkom tłuszczom i węglowodanom leżącym na talerzu nadać egzotyczne nazwy i zacząć mówić, że oto mamy JEDZENIE FUNKCJONALNE.

Ludzie!!! Normalnego treningu (no może nieco usprawnionego „wuefu”) nie spolaryzowanego na rozwój konkretnej funkcji organizmu nie należy nazywać TRENINGIEM FUNKCJONALNYM.

Wystarczy ludziom włożyć do mózgów kilka egzotycznych terminów i już mamy coś o „wiele poważniejszego” od poprzedniego, równie dobrego.      
Wybór jak zawsze należy do was.

Ktoś lubi na piłeczce poskakać i proszkowe koktajle popijać w nadziei na cudo, a komuś innemu podoba się masturbacja zamiast zdrowych i jakże naturalnych kontaktów między ludzkich. Każdemu swoje.

Oki, przechodzimy do głównej części materiału…

Nie tak dawno byłem u przyjaciółki posiadającej domek na wsi. Gdy mnie zobaczyła radośnie krzyknęła: „Hurra, dodatkowa siła robocza przyjechała !” Tłumacząc po swojsku – potrzebowała pomocy w doprowadzeniu do porządku obejścia / ogródek, podwórko i tym podobne.   

Ten dzień (niemalże cały) minął na noszeniu worków z nawozami, skopywaniu grządek, coś zawieźć i coś przywieźć na taczce, włazić w jakieś studnie i z nich wyłazić. Przyjaźń z drabiną „tu i nazad było na porządku dziennym” nie ominęła mnie również praca z siekierą. Przenosić, układać, ustawiać, rąbać – praca fizyczna. Wydaje mi się, że większość właścicieli domków z ogródkiem doskonale wie o co chodzi.

Obok mnie pewny siebie pracował jej zięć. Pracował z tą różnicą, że na wielokroć wolniejszych obrotach (a jest dokładnie dwa razy młodszy ode mnie). Z czasem jego odpoczynki były coraz częstsze i dłuższe. No cóż, praca Herkulesa robi swoje. Pod sam koniec dnia postanowił pójść i kupić „coś na stół”, i tak przepadł na 3 godziny.

Wspaniała kolacja z szaszłykiem i winkiem, ogórki i przetwory własnej roboty, i cała masa różnych pyszności. Obserwująca mój apetyt gospodyni, powiedziała: „To nie to, co to Twoje machanie sztangą. Tu przyjacielu miałeś pracę z życia wziętą do której pewnie tacy jak Ty nie są przyzwyczajeni” i zaczęła się śmiać. Trzeba przyznać, że owszem, zmęczyłem się, ale nie od ciężkiej pracy mięśni a od monotonności i nudy z jaką ta praca była związana (rozciągnięta w czasie). Nudy do wyrzygania. 

Po jej słowach, przypomniałem sobie, że podobne brednie płynące z ust mojej przyjaciółki (nie mającej pojęcia o teorii i metodyce treningu sportowców) słyszałem od kilku osób znajdujących się w klubie.
Wyobraziłem sobie, co by się ze mną stało podczas wykonywania prac porządkowych, gdybym systematycznie i metodycznie nie „dźwigał ciężarów”. Gdybym nie zajmował się Bodybuildingiem oraz nie „uprawiał” siły dynamicznej.

Wyobraziłem sobie co po takiej pracy może czuć subiekt płci męskiej, który nie jest w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz zrobił choć jedną pompkę. A znam takich sporo. 
     
Całą tę opowieść przedstawiłem tylko po to, żeby płynnie przejść do tego o czym na emocjach dyskutuje się w kręgach specjalistów i co realnie proponuje się bywalcom klubów, czyli – TRENING FUNKCJONALNY. Niektóre „mądrości” dochodzące do moich uszu działały na mnie jak płachta, na byka.

No to startujemy…

Rozpocznę od najważniejszego – akcent terminologiczny przekonujący, że „trening funkcjonalny jest najlepszym z najlepszych” skłania naiwnego klienta do myśli, że wszystko to, czym do tej pory zajmował się w fitness klubie, w domu lub improwizowanej piwnicznej siłowni nie było „funkcjonalne”. Idąc tym tokiem rozumowania to i Kettlebell także nie są funkcjonalne.  

Spotykałem również nośników informacji głoszących tezę, że ćwiczący w klubie ze sztangą, hantlami, kettlami i na maszynach izotonicznych lub z masą własnego ciała, powinni wykonywać jedynie ruchy najbardziej zbliżone do tych wykonywanych w codziennym bycie. Wszystko pozostałe to jedynie strata czasu.

Podążając za tą „złotą myślą”, zauważam, że moja ciężka praca u przyjaciółki była uosobieniem najbardziej konstruktywnego i najbardziej zaawansowanego spojrzenia na „trening funkcjonalny”. Czyż nie tak? Podnosiłem, odpychałem, ciągnąłem, pchałem, układałem, wskakiwałem, zeskakiwałem i tak dalej… 

Przyjęcie takiego punktu widzenia pociąga za sobą daleko idące 
konsekwencje prowadzające do pełnej dezorientacji ludeczka w temacie. „Normalny” człowiek nie zrozumie, jakich ma używać środków do rozwiązania zadań związanych z poprawą stanu fizycznego swojego ciała.   

Mając w głowie „funkcjonalne klasyfikacje”, można katalogować niektóre ćwiczenia jako „bardziej lub mniej funkcjonalne”. Przykład…wykonanie ciężko atletycznego rwania ze sztangą, podczas „głębszej analizy” może okazać się „bardziej funkcjonalne” niż unoszenie sztangi na bicepsy, przysiady ze sztangą z wyprostowanymi do góry ramionami okaże się bardziej funkcjonalny niż wyciskanie nogami suwnicy a pompki na podłodze będą bardziej funkcjonalne niż wyciskanie sztangi leżąc na ławce poziomej.  

Słuchając ludzi głoszących religię Treningu Funkcjonalnego można dać się łatwo przekonać, że przeskakiwanie przez improwizowane przeszkody, „dziwaczne” podciągania, skomplikowane ćwiczenia za pomocą piłek lekarskich lub ćwiczenia na wahadłowych platformach są "bardziej pożyteczne" niż wszystkie ćwiczenia wykonywane na maszynach izotonicznych, maszynach na półwolne ciężary, ćwiczenia z wolnymi ciężarami (sztanga, hantle) lub z masą własnego ciała. Nie wspominając już zalet ćwiczeń z Kettlebell.

Pewnego razu w swojej „skrzynce” znalazłem link, nacisnąłem przycisk i trafiłem na stronę popularnego amerykańskiego instruktora od „treningu funkcjonalnego”. Na filmie trwającym 40 minut pokazywał ćwiczenia tej „odkrywczej metodyki treningowej”. Trening odbywał się w domu klienta. Uczył go jak przestawiać meble, podnosić z podłogi ciężki metalowy łom i w jaki sposób nosić walizki. Wówczas przypomniałem sobie co powiedział jeden polski pisarz satyryk „artyzm kucharza polega na tym, żeby wymyślić dwadzieścia nazw dla jednego i tego samego kotleta”. Znajome – prawda?

Celowo posłużyłem się wyjątkowo przesadzonymi i „przerośniętymi” przykładami „treningu funkcjonalnego”. Ale pozwólcie, że spytam się was fanatycy tego marketingowego trendu…Dlaczego tak bardzo krytykujecie zdefiniowane przez dziesiątki lat systemy treningu siłowego, siłowo szybkościowego przygotowania fizycznego człowieka? Przecież doskonale wiecie, że Bodybuilding posiada zdolność rozwoju i wzmocnienia szerokiego zakresu fizycznych możliwości człowieka? A jednak nie lubicie dźwigania żelastwa…

No to wam coś powiem…   

Wartość człowieka ćwiczącego Bodybuilding w stu procentach przekłada się na jakość jego życia. Bez żadnego problemu przełoży „wytrenowane cechy motoryczne/umiejętności” na wszelkie płaszczyzny swojego życia codziennego.


Należy również wiedzieć, że ludzie zajmujący się ciężkim i systematycznym treningiem kulturystycznym mają swój „zapas” w zakresie każdego ruchu. Mogą manipulować kątem przyłożenia siły oraz amplitudą ruchu w ćwiczeniu każdej grupy mięśniowej a kąt ten w zależności od potrzeb wynosi od 5 do 7 stopni kąta w którym pracowali w danym ćwiczeniu.   
  
To oznacza, że dla pokrycia każdej możliwej amplitudy „spotkanej na naszej drodze w życiu codziennym”, należy każde ćwiczenie wykonywać w maksymalnie 2-3 pozycjach. Przykład: wystarczy wykonać wyciskanie sztangi w trzech pozycjach / leżąc na ławce poziomej oraz na ławce dodatniej i ujemnej, żeby jakikolwiek „bytowy” ruch wymagający włączenia mięśni klatki piersiowej tricepsów a także przedniej części mięśni naramiennych był dla was możliwy do wykonania bez żadnego problemu.   
     
Otwórzcie jakikolwiek podręcznik o teorii i metodyce sportu (fizjologia sportu) i znajdziecie tam dział poświęcony fenomenowi „pozytywnego przemieszczenia/przeniesienia” (nazywam to umownie). Jak już wczytacie się w definicje to nie będziecie musieli wysłuchiwać bredni opowiadanych przez „specjalistów”. Otworzycie szeroko oczy i zrozumiecie, że słuchanie „fachowca” od przenoszenia mebli i walizek w metodyce treningu funkcjonalnego można o kant dupy potłuc. 

Oki…powróćmy jeszcze na chwilę do mojej ciężkiej pracy w ogródku. 

Podczas pracy nie zatrzymałem się nawet na chwilę w celu przeanalizowania mojej techniki pchania taczki, zarzucania worka z ziemią na barki, nie myślałem o amplitudzie ruchu nóg podczas wchodzenia na drabinę, nie robiłem pauzy w początkowej i końcowej fazie danego ruchu. Nie korzystałem i z setnej części gigantycznej różnorodności ćwiczeń wykorzystywanych przez każdego adepta sportów siłowych (bodybuilding). Oczywiście mam na myśli adepta, który ma za sobą chociażby (solidny) przygotowawczy staż treningowy. Moje ruchy były intuicyjne.       

Fanatycy „treningu funkcjonalnego” chcą mi powiedzieć, że ćwiczenia mające na celu imitację ruchów bytowych są „bardziej funkcjonalne” niż ogromny arsenał ćwiczeń znajdujących się we władaniu „żelaznego sportu”? Mam na myśli klasyczną ciężką atletykę, bodybuilding, powerlifting i siłowy ekstrim.

Jeśli przeanalizować temat pod kątem różnych dziedzin sportu w których ćwiczenia siłowe są zapożyczone od ukazanych powyżej i służą za podstawę formowania siłowych, siłowo szybkościowych lub wytrzymałościowych cech motorycznych człowieka to od „funkcjonalności” waszego przenoszenia walizek pozostanie jedynie puste miejsce, czyli…śmiech na sali.  

Wychodzi na to, że zgodnie z kłamliwie pojętą logiką „funkcjonalności” wszystko to co wykonują ludzie ze sztangą lub innymi przyrządami w celu podniesienia poziomu wytrenowania oraz wzmocnienia najważniejszych cech motorycznych (w tym trening sylwetkowy / konstrukcja ciała) jest „szitem” i rozwija u nich „niefunkcjonalną muskulaturę”?  

To tak nie funkcjonuje. Rozumiem, że można wieszać makaron na uszy damy o słabej wierze, którą romantyczny kochanek lub mąż przyprowadził do fitness klubu tylko po to, żeby ta stała się osobą „milszej aparycji” i to bez pomocy silikonu i botoksu.

Tej damie bardzo łatwo można zapudrować mózg i zamiast bardzo korzystnego treningu siłowego (bodybuilding) zafundować jej „trening funkcjonalny” - cudowny lek na wszystko. Dama dopiero co pokazała swoim pulchnym paluszkiem w stronę najbardziej atrakcyjnej i pięknie zbudowanej instruktorki, mówiąc: ”Tylko nie chcę być podobna do niej…”. I nie rozumie kobieta, że u niej ani w mięśniach ani w głowie nie ma nawet jednej tysięcznej tego co dałoby jej szansę być podobną do atrakcyjnie umięśnionej instruktorki.   

Wyobrażam sobie jak funkcjonalny snob widzący przechodzącego obok atrakcyjnie zbudowanego i o mocnej muskulaturze mistrza „bodybuildingera”, strongmana, kettelkowca czy powerliftera broni mitycznych wartości „treningu funkcjonalnego”. Patrzy na kulturystę z pogardą i mówi od niechcenia: ”to wszystko chemia…”. Oki, nawet jeśli bierze „chemię” to koniec końców nie ma ona tutaj „nic do rzeczy”. Dlaczego? A to dlatego, że i tak pierwotnymi elementami każdego sukcesu sportowego są…prawidłowo ułożony plan treningowy, dyscyplina, zaangażowanie, idealnie ułożona dieta, odpoczynek, progres i wiele wiele innych. A dopiero gdzieś tam na czwartym lub piątym miejscu będzie to co pomaga w regeneracji, to jest…sportowa farmaceutyka.       

Owszem, są ludzie którym „trening funkcjonalny” jest potrzebny. Bardziej potrzebny niż rozwój silnej muskulatury. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jakie miejsce może zająć w systemie ogólnego przygotowania fizycznego. Jak najbardziej należy przyznać, że trening kulturystyczny lub powerlifting jest pozbawiony tej specyfikacji, którą mogą pochwalić się przedstawiciele „treningu funkcjonalnego”. 

Ale jeśli przyjąć za wiecznie żywą frazę „SIŁA JEST PODSTAWĄ KAŻDEJ FIZYCZNEJ CECHY CZŁOWIEKA” to staje się jasne, że żadne (przepraszam) „funkcjonalki” – skoki, podskoki, padania, turlania, zwisania, podciągania, pchania i przenoszenia nie mogą być wykonane bez elementarnej siły. 

Mało tego w rozwoju siły nie chodzi tylko i wyłącznie o wykonywanie monotonnej pracy mechanicznej – tutaj chodzi o planowanie progresu. Właśnie odpowiedni progres pozwala na przyrost siły i mięśni, wzmacnia wiązadła i ścięgna, doprowadza do lepszej gibkości i mobilności stawów (wzmacnia je). Wzmacnia cały szkielet i aparat ruchu.      
   
Mięśnie zaczną spełniać swoją rolę tylko wówczas, kiedy ciało dostatecznie się wzmocni i przygotuje wiele systemów organizm do ciężkiej pracy. Trenując Bodybuilding doprowadzimy do tego, że mięśnie będą wykonywały każde zadanie w bardzo efektywny i ekonomiczny sposób. I nie ważne, czy będzie to praca z ciężką sztangą, przenoszenie dwóch ciężkich walizek, przekopanie działki lub przeniesienie małżonki przez próg.   

Epilog:

Życzę wszystkim czytającym ten tekst otrzeźwienia. To co różne persony wkładają wam do głowy jako…nowa metodyka / unikalność / uniwersalność w rzeczywistości reprezentuje sobą ogólny program przygotowania fizycznego ze specyficznymi „dodatkami”, których zadaniem jest zabicie nudy i przyciągnięcie tłumów na zajęcia.

Podoba wam się…na Boga! Zajmujcie się. To zdecydowanie lepsze niż nawalenie się piwem lub oddychanie oparami dymu i wódy w klubach nocnych. Nie podoba się…Można spokojnie przejść obok nie tracąc niczego (tak myśli większość).

Chcecie – wykorzystujecie podobne programy treningowe jako uzupełnienie ważniejszej metodyki.

Jednak zawsze pamiętajcie o jednym - Jeśli będziecie posiadali silne mięśnie to nauka prawidłowego przenoszenia walizki zajmie wam 30 sekund. Jeśli posiadacie silne mięśnie to metodę pokonania płotu opanujecie w pół godziny. Ale jeśli brakuje wam wypracowanej żelazem siły to żaden „funkcjonalny trening” nie pomoże wam w oswojeniu prymitywnych ruchów „bytowych” i nawet podczas podnoszenia z podłogi złamanej zapałki nabawicie się kontuzji.  

Nie próbuję tym tekstem nastawić jednych przeciw drugim. Posiadam tylko chęć wyjaśnienia prób spekulacji na temat pozornej nowości jakim jest trening funkcjonalny. Dokładnie takie samo „kłamstwo” innowacyjności dotyczy Crossfitu. Obecnie na świecie wypacza się wiele terminów. Ludzie pozbawieni skrupułów wszelkim możliwymi sposobami dążą do zysku/wyzysku. Bazują na ignorancji tych, którym proponowana jest „nowa” rewolucja w przygotowaniu fizycznym. Tylko pełne profanum może ugryźć tę przynętę. Po przeczytaniu tego artykułu będziecie mieli, jeśli nie zupełną jasność to przynajmniej pewność, że nie jesteście już laikami w temacie. Podsuwają wam pięknie opakowane „nowości” mające na celu zrobienie z was „lepszych i jeszcze lepszych od tego kim jesteście”. Ciekawe co nastąpi po Treningu Funkcjonalnym i Crossficie. Spoko, wymyślą coś nowego – sport to WIELKA KASA po którą ciągle ktoś wyciąga łapy.

Pamiętajcie – solidny trening siłowy + siłowo szybkościowy + a niech tam i rower…wystarczą normalnemu zjadaczowi chleba w życiu codziennym.

Pozdrawiam,
Piotr Fitman


 PS. Zdjęcie nie jest zrobione przeze mnie - korzystałem z materiałów ogólnie dostępnych w internecie.