O TRENINGU
FUNKCJONALNYM!
Ale to już było…Hm, nie do końca.
Zaczyna się
"po wakacyjny" sezon na sport. Czyli - polowanie na
"klienta". Czyli - omamianie go czymś to "nowym i jedynie
słusznym".
Niedawno
"poczyniłem" artykuł, który rozesłałem do moich
"odbiorców". Teraz opublikuję go tutaj - jestem ciekawy Waszego
zdania na "coraz to nowe, nowe a już najlepsze, lepsze od poprzedniego
równie dobrego :)
Artykuł
jest przeznaczony głównie dla ludzi rozpoczynających swoją przygodę ze sportem. Trenerzy i Instruktorzy o tym zapewne wiedzą.
Funkcja (wykonywanie,
czynność), czyli…poprawa niektórych umiejętności i nawyków (trening / funkcje
organizmu / odżywianie). Natomiast u profesjonalnych sportowców można rozwijać
(wzmacniać) mięśnie stabilizatory, siłę dynamiczną, wytrzymałość siłową lub
ogólnie poszczególne fazy jakiegoś ruchu. Krótko - pracujemy nad funkcją ograniczającą
nasz dalszy rozwój.
„Prostemu”
człowiekowi pod nazwą FUNKCJONALNY wkładają do systemu pojęcie TRENING
FUNKCJONALNY. Ma on imitować naturalne ruchy naszego ciała. „Specjaliści” od
tego rodzaju aktywności fizycznej, tłumacząc o co właściwie w tym chodzi
wspierają się różnymi terminami naukowymi, przecież ma brzmieć poważnie i
przekonująco (inaczej nie zrobi wrażenia). A w rzeczywistości są to normalne
ćwiczenia zaczerpnięte z podręczników ogólnego przygotowania fizycznego,
okraszone jakimś dodatkowym i wesołym arsenalikiem ćwiczeń „wymyślonych”, aby
się działo, aby było wesoło i ludzie płacili.
Jak się
podoba to oczywiście można się „funkcjonalnym” zajmować (lepsze to niż leżenie
na kanapie). Ale to brzmi tak, jakby białkom tłuszczom i węglowodanom leżącym
na talerzu nadać egzotyczne nazwy i zacząć mówić, że oto mamy JEDZENIE
FUNKCJONALNE.
Ludzie!!!
Normalnego treningu (no może nieco usprawnionego „wuefu”) nie spolaryzowanego
na rozwój konkretnej funkcji organizmu nie należy nazywać TRENINGIEM FUNKCJONALNYM.
Wystarczy
ludziom włożyć do mózgów kilka egzotycznych terminów i już mamy coś o „wiele
poważniejszego” od poprzedniego, równie dobrego.
Wybór jak
zawsze należy do was.
Ktoś lubi
na piłeczce poskakać i proszkowe koktajle popijać w nadziei na cudo, a komuś
innemu podoba się masturbacja zamiast zdrowych i jakże naturalnych kontaktów
między ludzkich. Każdemu swoje.
Oki,
przechodzimy do głównej części materiału…
Nie tak
dawno byłem u przyjaciółki posiadającej domek na wsi. Gdy mnie zobaczyła
radośnie krzyknęła: „Hurra, dodatkowa siła robocza przyjechała !” Tłumacząc po
swojsku – potrzebowała pomocy w doprowadzeniu do porządku obejścia / ogródek,
podwórko i tym podobne.
Ten dzień
(niemalże cały) minął na noszeniu worków z nawozami, skopywaniu grządek, coś
zawieźć i coś przywieźć na taczce, włazić w jakieś studnie i z nich wyłazić.
Przyjaźń z drabiną „tu i nazad było na porządku dziennym” nie ominęła mnie
również praca z siekierą. Przenosić, układać, ustawiać, rąbać – praca fizyczna.
Wydaje mi się, że większość właścicieli domków z ogródkiem doskonale wie o co
chodzi.
Obok mnie
pewny siebie pracował jej zięć. Pracował z tą różnicą, że na wielokroć
wolniejszych obrotach (a jest dokładnie dwa razy młodszy ode mnie). Z czasem
jego odpoczynki były coraz częstsze i dłuższe. No cóż, praca Herkulesa robi
swoje. Pod sam koniec dnia postanowił pójść i kupić „coś na stół”, i tak
przepadł na 3 godziny.
Wspaniała
kolacja z szaszłykiem i winkiem, ogórki i przetwory własnej roboty, i cała masa
różnych pyszności. Obserwująca mój apetyt gospodyni, powiedziała: „To nie to,
co to Twoje machanie sztangą. Tu przyjacielu miałeś pracę z życia wziętą do
której pewnie tacy jak Ty nie są przyzwyczajeni” i zaczęła się śmiać. Trzeba
przyznać, że owszem, zmęczyłem się, ale nie od ciężkiej pracy mięśni a od
monotonności i nudy z jaką ta praca była związana (rozciągnięta w czasie). Nudy
do wyrzygania.
Po jej
słowach, przypomniałem sobie, że podobne brednie płynące z ust mojej
przyjaciółki (nie mającej pojęcia o teorii i metodyce treningu sportowców)
słyszałem od kilku osób znajdujących się w klubie.
Wyobraziłem
sobie, co by się ze mną stało podczas wykonywania prac porządkowych, gdybym
systematycznie i metodycznie nie „dźwigał ciężarów”. Gdybym nie zajmował się
Bodybuildingiem oraz nie „uprawiał” siły dynamicznej.
Wyobraziłem
sobie co po takiej pracy może czuć subiekt płci męskiej, który nie jest w
stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz zrobił choć jedną pompkę. A znam
takich sporo.
Całą tę
opowieść przedstawiłem tylko po to, żeby płynnie przejść do tego o czym na
emocjach dyskutuje się w kręgach specjalistów i co realnie proponuje się
bywalcom klubów, czyli – TRENING FUNKCJONALNY. Niektóre „mądrości” dochodzące
do moich uszu działały na mnie jak płachta, na byka.
No to
startujemy…
Rozpocznę
od najważniejszego – akcent terminologiczny przekonujący, że „trening
funkcjonalny jest najlepszym z najlepszych” skłania naiwnego klienta do myśli,
że wszystko to, czym do tej pory zajmował się w fitness klubie, w domu lub
improwizowanej piwnicznej siłowni nie było „funkcjonalne”. Idąc tym tokiem
rozumowania to i Kettlebell także nie są funkcjonalne.
Spotykałem
również nośników informacji głoszących tezę, że ćwiczący w klubie ze sztangą,
hantlami, kettlami i na maszynach izotonicznych lub z masą własnego ciała,
powinni wykonywać jedynie ruchy najbardziej zbliżone do tych wykonywanych w
codziennym bycie. Wszystko pozostałe to jedynie strata czasu.
Podążając
za tą „złotą myślą”, zauważam, że moja ciężka praca u przyjaciółki była
uosobieniem najbardziej konstruktywnego i najbardziej zaawansowanego spojrzenia
na „trening funkcjonalny”. Czyż nie tak? Podnosiłem, odpychałem, ciągnąłem,
pchałem, układałem, wskakiwałem, zeskakiwałem i tak dalej…
Przyjęcie
takiego punktu widzenia pociąga za sobą daleko idące
konsekwencje prowadzające
do pełnej dezorientacji ludeczka w temacie. „Normalny” człowiek nie zrozumie,
jakich ma używać środków do rozwiązania zadań związanych z poprawą stanu
fizycznego swojego ciała.
Mając w
głowie „funkcjonalne klasyfikacje”, można katalogować niektóre ćwiczenia jako
„bardziej lub mniej funkcjonalne”. Przykład…wykonanie ciężko atletycznego
rwania ze sztangą, podczas „głębszej analizy” może okazać się „bardziej
funkcjonalne” niż unoszenie sztangi na bicepsy, przysiady ze sztangą z
wyprostowanymi do góry ramionami okaże się bardziej funkcjonalny niż wyciskanie
nogami suwnicy a pompki na podłodze będą bardziej funkcjonalne niż wyciskanie
sztangi leżąc na ławce poziomej.
Słuchając
ludzi głoszących religię Treningu Funkcjonalnego można dać się łatwo przekonać,
że przeskakiwanie przez improwizowane przeszkody, „dziwaczne” podciągania,
skomplikowane ćwiczenia za pomocą piłek lekarskich lub ćwiczenia na wahadłowych
platformach są "bardziej pożyteczne" niż wszystkie ćwiczenia
wykonywane na maszynach izotonicznych, maszynach na półwolne ciężary, ćwiczenia
z wolnymi ciężarami (sztanga, hantle) lub z masą własnego ciała. Nie wspominając
już zalet ćwiczeń z Kettlebell.
Pewnego
razu w swojej „skrzynce” znalazłem link, nacisnąłem przycisk i trafiłem na
stronę popularnego amerykańskiego instruktora od „treningu funkcjonalnego”. Na
filmie trwającym 40 minut pokazywał ćwiczenia tej „odkrywczej metodyki
treningowej”. Trening odbywał się w domu klienta. Uczył go jak przestawiać
meble, podnosić z podłogi ciężki metalowy łom i w jaki sposób nosić walizki.
Wówczas przypomniałem sobie co powiedział jeden polski pisarz satyryk „artyzm
kucharza polega na tym, żeby wymyślić dwadzieścia nazw dla jednego i tego
samego kotleta”. Znajome – prawda?
Celowo
posłużyłem się wyjątkowo przesadzonymi i „przerośniętymi” przykładami „treningu
funkcjonalnego”. Ale pozwólcie, że spytam się was fanatycy tego marketingowego
trendu…Dlaczego tak bardzo krytykujecie zdefiniowane przez dziesiątki lat
systemy treningu siłowego, siłowo szybkościowego przygotowania fizycznego
człowieka? Przecież doskonale wiecie, że Bodybuilding posiada zdolność rozwoju
i wzmocnienia szerokiego zakresu fizycznych możliwości człowieka? A jednak nie
lubicie dźwigania żelastwa…
No to wam
coś powiem…
Wartość
człowieka ćwiczącego Bodybuilding w stu procentach przekłada się na jakość jego
życia. Bez żadnego problemu przełoży „wytrenowane cechy motoryczne/umiejętności”
na wszelkie płaszczyzny swojego życia codziennego.
Należy
również wiedzieć, że ludzie zajmujący się ciężkim i systematycznym treningiem
kulturystycznym mają swój „zapas” w zakresie każdego ruchu. Mogą manipulować
kątem przyłożenia siły oraz amplitudą ruchu w ćwiczeniu każdej grupy mięśniowej
a kąt ten w zależności od potrzeb wynosi od 5 do 7 stopni kąta w którym
pracowali w danym ćwiczeniu.
To oznacza,
że dla pokrycia każdej możliwej amplitudy „spotkanej na naszej drodze w życiu
codziennym”, należy każde ćwiczenie wykonywać w maksymalnie 2-3 pozycjach.
Przykład: wystarczy wykonać wyciskanie sztangi w trzech pozycjach / leżąc na
ławce poziomej oraz na ławce dodatniej i ujemnej, żeby jakikolwiek „bytowy”
ruch wymagający włączenia mięśni klatki piersiowej tricepsów a także przedniej
części mięśni naramiennych był dla was możliwy do wykonania bez żadnego
problemu.
Otwórzcie
jakikolwiek podręcznik o teorii i metodyce sportu (fizjologia sportu) i
znajdziecie tam dział poświęcony fenomenowi „pozytywnego
przemieszczenia/przeniesienia” (nazywam to umownie). Jak już wczytacie się w
definicje to nie będziecie musieli wysłuchiwać bredni opowiadanych przez
„specjalistów”. Otworzycie szeroko oczy i zrozumiecie, że słuchanie „fachowca”
od przenoszenia mebli i walizek w metodyce treningu funkcjonalnego można o kant
dupy potłuc.
Oki…powróćmy
jeszcze na chwilę do mojej ciężkiej pracy w ogródku.
Podczas pracy nie
zatrzymałem się nawet na chwilę w celu przeanalizowania mojej techniki pchania
taczki, zarzucania worka z ziemią na barki, nie myślałem o amplitudzie ruchu
nóg podczas wchodzenia na drabinę, nie robiłem pauzy w początkowej i końcowej
fazie danego ruchu. Nie korzystałem i z setnej części gigantycznej
różnorodności ćwiczeń wykorzystywanych przez każdego adepta sportów siłowych
(bodybuilding). Oczywiście mam na myśli adepta, który ma za sobą chociażby
(solidny) przygotowawczy staż treningowy. Moje ruchy były
intuicyjne.
Fanatycy
„treningu funkcjonalnego” chcą mi powiedzieć, że ćwiczenia mające na celu
imitację ruchów bytowych są „bardziej funkcjonalne” niż ogromny arsenał ćwiczeń
znajdujących się we władaniu „żelaznego sportu”? Mam na myśli klasyczną ciężką
atletykę, bodybuilding, powerlifting i siłowy ekstrim.
Jeśli
przeanalizować temat pod kątem różnych dziedzin sportu w których ćwiczenia
siłowe są zapożyczone od ukazanych powyżej i służą za podstawę formowania
siłowych, siłowo szybkościowych lub wytrzymałościowych cech motorycznych
człowieka to od „funkcjonalności” waszego przenoszenia walizek pozostanie
jedynie puste miejsce, czyli…śmiech na sali.
Wychodzi na
to, że zgodnie z kłamliwie pojętą logiką „funkcjonalności” wszystko to co
wykonują ludzie ze sztangą lub innymi przyrządami w celu podniesienia poziomu
wytrenowania oraz wzmocnienia najważniejszych cech motorycznych (w tym trening
sylwetkowy / konstrukcja ciała) jest „szitem” i rozwija u nich „niefunkcjonalną
muskulaturę”?
To tak nie
funkcjonuje. Rozumiem, że można wieszać makaron na uszy damy o słabej wierze,
którą romantyczny kochanek lub mąż przyprowadził do fitness klubu tylko po to,
żeby ta stała się osobą „milszej aparycji” i to bez pomocy silikonu i botoksu.
Tej damie
bardzo łatwo można zapudrować mózg i zamiast bardzo korzystnego treningu
siłowego (bodybuilding) zafundować jej „trening funkcjonalny” - cudowny lek na
wszystko. Dama dopiero co pokazała swoim pulchnym paluszkiem w stronę
najbardziej atrakcyjnej i pięknie zbudowanej instruktorki, mówiąc: ”Tylko nie
chcę być podobna do niej…”. I nie rozumie kobieta, że u niej ani w mięśniach
ani w głowie nie ma nawet jednej tysięcznej tego co dałoby jej szansę być
podobną do atrakcyjnie umięśnionej instruktorki.
Wyobrażam
sobie jak funkcjonalny snob widzący przechodzącego obok atrakcyjnie zbudowanego
i o mocnej muskulaturze mistrza „bodybuildingera”, strongmana, kettelkowca czy
powerliftera broni mitycznych wartości „treningu funkcjonalnego”. Patrzy na
kulturystę z pogardą i mówi od niechcenia: ”to wszystko chemia…”. Oki, nawet
jeśli bierze „chemię” to koniec końców nie ma ona tutaj „nic do rzeczy”.
Dlaczego? A to dlatego, że i tak pierwotnymi elementami każdego sukcesu
sportowego są…prawidłowo ułożony plan treningowy, dyscyplina, zaangażowanie,
idealnie ułożona dieta, odpoczynek, progres i wiele wiele innych. A dopiero
gdzieś tam na czwartym lub piątym miejscu będzie to co pomaga w regeneracji, to
jest…sportowa farmaceutyka.
Owszem, są
ludzie którym „trening funkcjonalny” jest potrzebny. Bardziej potrzebny niż
rozwój silnej muskulatury. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jakie miejsce
może zająć w systemie ogólnego przygotowania fizycznego. Jak najbardziej należy
przyznać, że trening kulturystyczny lub powerlifting jest pozbawiony tej
specyfikacji, którą mogą pochwalić się przedstawiciele „treningu
funkcjonalnego”.
Ale jeśli przyjąć za wiecznie żywą frazę „SIŁA JEST PODSTAWĄ
KAŻDEJ FIZYCZNEJ CECHY CZŁOWIEKA” to staje się jasne, że żadne (przepraszam)
„funkcjonalki” – skoki, podskoki, padania, turlania, zwisania, podciągania,
pchania i przenoszenia nie mogą być wykonane bez elementarnej siły.
Mało tego w
rozwoju siły nie chodzi tylko i wyłącznie o wykonywanie monotonnej pracy
mechanicznej – tutaj chodzi o planowanie progresu. Właśnie odpowiedni progres
pozwala na przyrost siły i mięśni, wzmacnia wiązadła i ścięgna, doprowadza do
lepszej gibkości i mobilności stawów (wzmacnia je). Wzmacnia cały szkielet i
aparat ruchu.
Mięśnie
zaczną spełniać swoją rolę tylko wówczas, kiedy ciało dostatecznie się wzmocni
i przygotuje wiele systemów organizm do ciężkiej pracy. Trenując Bodybuilding
doprowadzimy do tego, że mięśnie będą wykonywały każde zadanie w bardzo
efektywny i ekonomiczny sposób. I nie ważne, czy będzie to praca z ciężką
sztangą, przenoszenie dwóch ciężkich walizek, przekopanie działki lub
przeniesienie małżonki przez próg.
Epilog:
Życzę
wszystkim czytającym ten tekst otrzeźwienia. To co różne persony wkładają wam
do głowy jako…nowa metodyka / unikalność / uniwersalność w rzeczywistości
reprezentuje sobą ogólny program przygotowania fizycznego ze specyficznymi „dodatkami”,
których zadaniem jest zabicie nudy i przyciągnięcie tłumów na zajęcia.
Podoba wam
się…na Boga! Zajmujcie się. To zdecydowanie lepsze niż nawalenie się piwem lub
oddychanie oparami dymu i wódy w klubach nocnych. Nie podoba się…Można
spokojnie przejść obok nie tracąc niczego (tak myśli większość).
Chcecie –
wykorzystujecie podobne programy treningowe jako uzupełnienie ważniejszej
metodyki.
Jednak
zawsze pamiętajcie o jednym - Jeśli będziecie posiadali silne mięśnie to nauka
prawidłowego przenoszenia walizki zajmie wam 30 sekund. Jeśli posiadacie silne
mięśnie to metodę pokonania płotu opanujecie w pół godziny. Ale jeśli brakuje
wam wypracowanej żelazem siły to żaden „funkcjonalny trening” nie pomoże wam w
oswojeniu prymitywnych ruchów „bytowych” i nawet podczas podnoszenia z podłogi
złamanej zapałki nabawicie się kontuzji.
Nie próbuję
tym tekstem nastawić jednych przeciw drugim. Posiadam tylko chęć wyjaśnienia
prób spekulacji na temat pozornej nowości jakim jest trening funkcjonalny.
Dokładnie takie samo „kłamstwo” innowacyjności dotyczy Crossfitu. Obecnie na
świecie wypacza się wiele terminów. Ludzie pozbawieni skrupułów wszelkim
możliwymi sposobami dążą do zysku/wyzysku. Bazują na ignorancji tych, którym
proponowana jest „nowa” rewolucja w przygotowaniu fizycznym. Tylko pełne
profanum może ugryźć tę przynętę. Po przeczytaniu tego artykułu będziecie
mieli, jeśli nie zupełną jasność to przynajmniej pewność, że nie jesteście już
laikami w temacie. Podsuwają wam pięknie opakowane „nowości” mające na celu
zrobienie z was „lepszych i jeszcze lepszych od tego kim jesteście”. Ciekawe co
nastąpi po Treningu Funkcjonalnym i Crossficie. Spoko, wymyślą coś nowego –
sport to WIELKA KASA po którą ciągle ktoś wyciąga łapy.
Pamiętajcie
– solidny trening siłowy + siłowo szybkościowy + a niech tam i rower…wystarczą
normalnemu zjadaczowi chleba w życiu codziennym.
Pozdrawiam,
Piotr Fitman
PS. Zdjęcie nie jest zrobione przeze mnie - korzystałem z materiałów ogólnie dostępnych w internecie.

